wtorek, 12 lipca 2016

Burza

Pielęgniarka szuka fioletowej żyłki. Ile pobrać tej krwi? Z pięć centymetrów. Sporo- przebiega przez moją głowę myśl. Mały robi się dziwnie blady. Źle się czujesz?- pyta kobieta. Kiwa głową. Stań przy oknie. Nie- głośno mówię. Zemdleje. Głowa między nogi. Oddychaj głęboko!- mówię do dziecka. Po chwili dochodzi do siebie. Deszcz miarowo zaczyna padać. Maluch stoi nieruchomo, wygląda przez otwarte okno. Podmuch wiatru przewraca pojemniki z moczem. W deszczu idę po pieczywo na śniadanie. Funduję sobie prywatną saunę, prasując kolejną porcję pościeli. Termometr wskazuje trzydzieści stopni. Biorę rower, by zniknąć wśród zieleni wysokich drzew. Wyłącz klimatyzację....Tam. Piję czerwone chorwackie wino, wodę i kawę...Upał staje się nie do wytrzymania. Tu. Zjadam czwarty kawałek baklavy. Patrzę na łódeczki na jasnym kawałku materiału i uśmiecham się. Lubię się tak czuć. Odgadywanie myśli i pragnień trwa.

sobota, 9 lipca 2016

Mistrzu

Dobranoc Mistrzu- słyszę słowa obcego mężczyzny odprowadzającego mojego męża do przyczepy kempingowej. Wiesz, która jest godzina?! D.P. wraca o drugiej nad ranem. Jestem zmęczona upałem, tymi siedmioma metrami kwadratowymi przestrzeni, nieznanymi odgłosami, hałasem. Komary tną jak wściekłe. Wieczorem nakładam grubą warstwę kremu ochronnego, a mimo to z Maluchem mamy najwięcej różowych bąbli. Wiesz co, zupełnie nie nadajesz się na te wyjazdy- słyszę. Wiem, wiedziałam to kiedy byłam w wieku Małego. A potem co roku robię ten sam błąd. Rano nim wszyscy śpią, piszę na kartce wiadomość: Jadę na rowerze do Mosonmagyarovar. Tam i z powrotem ponad trzydzieści pięć kilometrów. Nie spieszy mi się z powrotem. Odwiedzam ulubione sklepiki, robię zakupy. Kupuję kawał pikantnej kiełbasy, słodkie bułeczki i złoty Tokaj dla babci Marysi. Zatrzymuję się, kiedy dzwoni telefon. Wracasz już?- Chcemy iść na obiad. Będę za piętnaście minut. Pedałuję szybko. Po chwili Maluch obejmuje mnie za nogi, a Mały bierze za rękę, kiedy ruszamy na obiad.