sobota, 1 grudnia 2012

Marcepanowe

Przepis pochodzi z niemieckiej książki. Z ciasteczkami jest trochę pracy podczas samego wyciskania na blachę. Są jednak warte wysiłku. Wygladają niewiarygodnie apetycznie i rozpływają się w ustach.
Składniki:
1 laska wanilii
2 małe jajka
125 g masy marcepanowej
125 g masła
125 cukru pudru
250 g mąki
Tok pracy:
żółtka +masło+cukier- utrzeć
dodać wanilię z rozciętej laseczki, marcepan- utrzeć
mąkę- całość utrzeć
Ubijamy białka i delikatnie łączymy z masą
Ciasto przekładamy do rękawa cukierniczego. Akurat ja nie mam jeszcze tego sprytnego urządzenia, więc ciasto przekładałam do tuby, która służy do robienia esów floresów na torcie. Z masy wycinęłam 25 ciasteczek. Włożyłam do piekarnika nagrzanego na 200 stopni i piekłam 11 minut. Po wystudzeniu ciastka udekorowałam polewą czekoladową i głośno zapowiedziałam. NIE DOTYKAĆ:)


Śledzie

Jedziemy na zakupy- zarządziłam. Mały potulnie wsiadł do samochodu, jako, że chwilę wcześniej zapłaciłam za jego nowy zamek do szafki szkolnej. Michał mnie popchnął, jak trzymałem kluczyk i on się ułamał - usłyszałam skąpe wyjaśnienie. Zerknęłam na tylne siedzenie samochodu. Gdzie jest torba z książkami do biblioteki?! Na śmierć o nich zapomniałam. Trudno. Innym razem wybiorę się do Knurowa. Podróż minęła na odpytywaniu o miniony dzień w szkole. Milutko. Dwie szóstki z angielskiego odnotowałam na koncie małego:) Pójdziemy na pizzę?- zapytał. Pizzę...Chciałam, by w moim głosie zabrzmiało wahanie. Dobra pójdziemy, ale najpierw wejdziemy do dwóch sklepów. Trzeba zrobić pacynkę Tomka Sawyera na twój konkurs. Przydałaby się włóczka, jasna pończocha na głowę, jakieś guziczki....W sklepie wybór był spory i szybko wybraliśmy rudawą włóczkę na włosy. Jeszcze paczka jasnych skarpet z Gatty. Potem ruszyliśmy do księgarni. Tutaj na szczęście mały zapomniał o pizzy i spokojnie mogłam przejrzeć książki, płyty. Wybrałam nowy zeszyt z łamigłówkami i zadaniami logicznymi i kilka kartek świątecznych Pizzożerca aż jęknął przy kasie. Znowu! Pewnie myślał, że za 3 strony skończy się utrapienie z matematyką. Niedoczekanie. Matematyka jest królową wszystkich nauk. Powiedziałam po raz kolejny sentencjonalnie. Nie wszyscy muszą być bezrobotnymi humanistami. Poza tym ciotka Ciotka Cela, która dawała mi korepetycje w liceum, będzie osiemdziesięcioletnią staruszką. W duchu liczyłam, że matematyczne predyspozycje odziedziczył po swoim tacie. Idziemy na pizzę. Małą! Weź średnią! Nie, ja nie jem- przyrzekłam.W lokalu nie pachniało zachęcająco, wręcz obrzydliwa woń tłuszczu unosiła się w całym pomieszczeniu. Pomyślałam, że pizza będzie na pewno niejadalna i zamówiłam najmniejszą i napój Tymbark. Po 15 minutach mała pizza wylądowała przede mną. W sumie to zgłodniałam. Dasz trochę? Przecież nie chciałaś- odpowiedziało moje dziecko i zadowolone wbiło zęby w ciasto. O pomidorek zleciał. To ja sobie zjem- chwyciłam łapczywie palcami. Daj mi końcówkę- poprosiłam. Dostałam trzy pomidory, które były ciepłe i trzy brzegi pizzy. Mniami. Dobre. Jeszcze musimy iść do warzywniaka. To jeden z najlepiej zaopatrzonych sklepów w okolicy jakie znam. Uwielbiamy tam chodzić. Latem nie brakuje owoców sezonowych. Można dostać świeży szpinak, czy zielone szparagi, żółte czereśnie. Mnie zależało na paczce mielonych orzechów. Były! Włoskie i laskowe. Do tego kupiłam kilogram szarych renet, kiść czerwonych winogron, paczkę marcepanu, batonik Ritter Rum- dawno nie jadłam. Dla małego Prince Polo. Uboższa o kolejne trzydzieści złotych, zawróciłam w kierunku samochodu. Jedziemy po jajka. W bujakowskim mieli z wolnego wybiegu, do tego dorzuciłam masło bieruńskie na wagę, pachnącej kiełbaski, dwa wieprzowe galerciki. Co na obiad?- zapytała moja druga połowa po przyjściu z pracy. Obiad......Mówiłeś, że śledzie z chlebkiem zjesz dzisiaj:)

poniedziałek, 26 listopada 2012

Rożki migdałowe

Przepis na ciasteczka dostałam od mojej mamy w piątek i postanowiłam wczoraj wypróbować. Rożki wyszły bardzo kruche i smaczne i sądzę, że z powodzeniem możnaby zastąpić migdały startymi orzechami.
Z poniższej porcji wyszło dwadzieścia jeden maleńkich łakoci.
20 dkg mąki
14 dkg masła
75 g płatków migdałowych
7 dkg cukru
1 opakowanie cukru waniliowego
Wszystkie składniki zagnieść i spakować do worka, który należy wstawić na godzinę do lodówki. Następnie z ciasta formujemy wałeczki jak na kopytka, kroimy na kawałki i zawijamy w rożek. Ciasteczka pieczemy w temperaturze 180 stopni, przez 15 minut. Gorące można posypać cukrem. Smacznego!:)


sobota, 24 listopada 2012

BIO

Chodzą czasami za mną różne smaki. Tak było z ciasteczkami owsianymi, które w końcu wczoraj upiekłam.
Wystarczy pół godziny, a na stole pojawi się chrupiący smakołyk.
Składniki na porcję 12 dużych ciastek:
pół kostki masła
1 jajko (freilaufende Eier:))
1 cukier waniliowy + 1/4 szklanki cukru- chyba, że ktoś woli słodsze, można dodać brązowy cukier
Powyższe składniki utrzeć mikserem na gładką masę
Następnie dodajemy:
niepełną szklankę mąki
1 łyżeczkę sody, nie kopiatą!
3 łyżeczki ciemnego kakao
Kiedy składniki połącza się:
Dosypujemy:
1,5 szklanki płatków owsianych
garść siemienia lnianego
pół szklanki rodzynków
Całość mieszamy dłońmi.
Formowanie ciastek przypomina mi lepienie klusek śląskich, które należy tylko spłaszczyć i położyć na dużej blasze. Piec w nagrzanym piekarniku 180 stopni, ok 15 minut.
Smacznego!


piątek, 23 listopada 2012

Żelki


Nie dawno naszła mnie refleksja o istocie świąt. Jak pogodzić obyczaje dwóch rodzin, mojej z której wyszłam i tej w której jestem. Śląska tradycja może wydawać się być prosta i uboga pod względem potraw. Jest karp, kapusta z grzybami, zaimportowane pierogi przez teściową, moczka, makówki, śledzików dwa rodzaje. Podczas gdy w moim rodzinnym domu samych zup były cztery: grzybowa z łazankami, żurek z uszkami, barszczyk czerwony ze świeżych buraków z fasolą jaś, rybna z łazankami, dalej łazanki z makiem, karp, kapusta z grzybami i grochem. Wszystkie te potrawy jadało się na jednym talerzu. Jaka oszczędność pracy i wody:) Teraz mam trzy talerzyki: obiadowy, mały na śledziki i głęboki na zupę- moczkę. Co jest niezmienne to modlitwa przed wieczerzą, dzielenie się opłatkiem i składanie życzeń oraz prezenty. Najwięcej jest zawsze dla najmłodszych pociech, które entuzjastycznie okazują radość obdarowanego. Parę lat temu poprosiliśmy dziadków o fotelik samochodowy. Wydatek niemały. Prezent okazały czeka pod choinką. Sześciolatek otwiera paczkę z fotelikiem, z której wypada maleńka paczuszka żelków Haribo: „Hurra, moje ulubione”.

środa, 7 listopada 2012

Cierpliwość

Słuchaj, czy mam Ci pomóc zrobić porządek na biurku?- zapytałam. Nie, dziękuję, nie musisz. Poskładaj więc te rzeczy, bo zaraz się nimi zajmę. Po godzinie wchodzę do pokoju. Śmietnik na biurku jak był, tak jest. Składowisko wszelakich drobiazgów, pamiątek, niezbędnych karteczek, gazetek: Kaczor Donald, Bravo Sport. Plakaty czekają w kolejce na powieszenie na sosnowym suficie. Powoli zaczynam zgrzytać zębami, spinam się cała w sobie. Masz pięć minut! Oczywiście deadline mija dla mego niefrasobliwca niepostrzeżenie. Po chwili zawartość biurka ląduje na podłodze zmieciona moimi dłońmi. Zaczyna się w końcu wielkie sprzątanie i upychanie skarbów do pudełek po butach, czekoladkach, „kaczorki” równo poukładane, oczekują w szufladzie na swojego wiernego czytelnika. Do tej pory sobota kojarzy mi się z porządkami. Rano zakupy. Dawniej była to moja domena. Trzy jogurty, trzy serki, trzy bułki. Reszta w kawałku. Porządki również były skrupulatnie podzielone, między trzy siostry. Przypomina mi się zabawna sytuacja. Czekam, kiedy to młodsza siostra wyniesie śmieci. Śmieci w koszu rosną jak hałda na Halembie, a ta niewzruszona zajęta ważniejszymi sprawami. Zimna wojna trwa do wieczora. Wchodzę do jej pokoju z wiadrem i bez słowa wysypuję zawartość na środek pokoju. Obierki, papierki nie ważne. Czekam. Za chwilę widzę ją w drzwiach mojego pokoju. Zawartość ląduje na mojej nowej, beżowej wykładzinie. Zbieram wszystko. Już wiem, że tę bitwę przegrałam.

wtorek, 6 listopada 2012

Słodkie złoto

Niebo przywdziało dzisiaj zimne kolory. Jest niebiesko-szare, miejscami bure. Z okna widzę ostatnie samotne listki dyndające na gołych gałęziach. Smutno. W tej jasnej przestrzeni klucz ptaków. Ciekawe, czy zmieniają klimat na cieplejszy? Herbata z cytryną i miodem kupionym u pomarszczonej babci przy wejściu do Doliny Chochołowskiej, powoli rozgrzewa moje zmarznięte członki. Miód jest twardy, wielokwiatowy trzeba go wydrapywać łyżeczką. Jedna porcja ląduje na moim języku, druga w kubku z ciepłą herbatą. Pszczoła w ciągu całego życia produkuje mniej więcej jedną łyżeczkę miodu. Zjadam dorobek dwóch pszczół w przeciągu trzech minut. W jednej z bacówek widziałam sześciolitrowy słój miodu. Gospodyni kusiła nas złotym zakupem, ale nie byłam pewna, czy tego smaku szukało moje podniebienie. Zabawne było to, że kiedy zwracała się do swojego męża mówiła do niego gwarą, a do nas starała się mówić czystą polszczyzną. We Wiśle przy głównym deptaku jest fantastyczny sklepik, gdzie można kupić różne miody, nalewki, lekarstwa na bazie miodu, kosmetyki. W tym roku mój bardzo skąpy malec sprawił mi słodki podarunek urodzinowy. Słoik miodu rzepakowego. Zachwyciła mnie jego kremowa barwa. Dopiero później dowiedziałam się, że jest to miód o największej ilości aminokwasów i glukozy. Słońce zachodzi. Jesienne niebo zostawiło mu pomarańczowy pas na horyzoncie.