środa, 29 kwietnia 2015

Nieuwaga

Możemy jechać do M1? D.P. jak słyszy o zakupach cały się trzęsie. Wiesz przyjedź z Maluchem za jakieś...czterdzieści minut. Zerkam na zegarek, ile czasu mi zostało na zakupy. Przyjeżdżają trochę wcześniej pod samą przebieralnię. Jesteś tu? Jestem, jestem- wołam, przymierzając kolejny ciuch. Wychodzę z naręczem ubrań. Co? Po co ci tyle tego? Na wakacje, na rower wyliczam. Zobacz buty, może ci się coś spodoba zachęcam. Z nim się nie da jeździć- skarży się na naszą pociechę. Wszystko bierze, ściąga. Teraz wiesz, dlaczego wolę robić zakupy bez niego. Siedzimy sobie z Maluchem na ławeczce nieopodal Castoramy. Wiesz tylko pięć minut, zaraz wracam. Maluch raczy się słodkim ciasteczkiem, popijając soczkiem jabłkowym. W domu po raz kolejny mierzę leginsy, strój kąpielowy...Podoba ci się? Baaardzo. Maluch siedzi w fotelu z pudełkiem świeżo kupionych jajek. Co ty zrobiłeś dzidziulu? Zauważył niezabezpieczoną lodówkę i zdążył się obsłużyć pod nieobecność rodziców. Nieuwaga D.P. kosztowała go sprzątanie masy jajecznej z podłogi i dywanu. Zimno. Zdecydowanie za zimno na rower. Zostaje basen.

wtorek, 28 kwietnia 2015

Równowaga

Przelotne ulewy, letnie burze. Czytam prognozę pogody na następny dzień. Nieprzewidywalnie. Zanim jeszcze deszcz niepostrzeżenie wkroczy w moją codzienność ruszam rowerem przed siebie. Wokół jest soczyście zielono. Mijam równe rzędy prostokątnych pól. Czuć zapach obornika i intensywną woń przydrożnych kwiatów. Chmurzyca dzieli się swoją wielką radością. Będzie druga córka. Równowaga w przyrodzie musi być. Zajeżdżam po kołocz. Pod piekarnią stoi grupka wytrwałych. Osiem bochenków chleba. Dziesięć z serem, dziesięć z makiem. Chyba to mrożą, myślę sobie. Gubię się po nieznanych uliczkach mojej gminy. Droga na skróty, wydaje się nie mieć końca. Mój rower świetnie radzi sobie na asfalcie, gorzej na polnych drogach. W powietrzu czuć oziębienie. Jeszcze ciepłe zawiniątko z piekarni grzeje mi plecy. Maluch biega po podwórku. Chodź, kupiłam ciasto. Chowa się do swojej zielonej kryjówki. Gałązki wierzby zamykają się za nim. Chwilę siedzi w tym swoim namiocie. Łapie garść czerwonego żwirku i układa na stole. Kroję mu kawałek drodżówki. Nie potrafi spokojnie usiedzieć. Biegnie za tatą, który postanowił schować mój rower. Wyłączyłaś lampkę? Codziennie za ciebie to robię. Od czego ciebie mam?- pytam. Od czego ja cię mam?- pyta on. Dla przyjemności- odpowiadam. Poziom szczęścia płynący z mojego żołądka do mózgu został wyrównany.

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Niebo

Podsyłam Pani Prezes propozycję wejścia na śpiącego rycerza . Możemy spać w schronisku na Hali Kondratowej, a zejdziemy Doliną Strążyskiej- proponuję. Ta studzi mój zapał. Spokojnie, nie tak szybko. Ćwicz, ćwicz formę, to wejdziemy. Może drzemie we mnie chęć, by udowodnić sobie, że dam radę i szczyty Tatr nie są mi straszne. Póki co jeżdżę na rowerze, nie oszczędzając swoich nóg. Żebyście tylko kalekami nie zostały- dodaje rodzicielka. Wiesz, jedna drugą będzie na wózku pchała- żartuję. Każda opowieść o górskiej eskapadzie budzi we mnie tęsknotę, by znaleźć się bliżej nieba. Marzę, by wieczorem wyjść na dwór i spojrzeć na rozgwieżdżone niebo. Pewnie będę siedziała na ławeczce opatulona wełnianym kocem, albo grubym swetrem. Pani Prezes rozłoży się na ławce obok, ze swoim plecakiem pod głową. Dwa włóczykije, a gdzieś poniżej tego wszystkiego życie.

Shape of my heart


niedziela, 26 kwietnia 2015

Wrażenia

7:21 dzwoni Pani Prezes. Gdzie jesteś? Stoję obok tabliczki z numerem 42. Już jadę. Uff. Myślałam, że chce mi przekazać wiadomość: nie jedziemy. Ruszyłyśmy trasą na Bielsko. Dopiero w Złatnej zapytałyśmy się kobiety stojącej przy drodze, gdzie zaczyna się szlak na Halę Lipowską. Niech panie jadą do końca tej drogi. Od początku szłam z nastawieniem, że muszę tam dotrzeć, choćby nie wiem co. Dzisiaj rano kręgosłup jednak dał mi znać: gdzie ty się moja droga wybierasz....Na szczęście żółta tabletka załatwiła sprawę. Pani Prezes trenowała z Mamą Bliźniaków na piasku do nowego sezonu. Wiesz, wczoraj wróciłam i nie mogłam się ruszyć, ale już jest o niebo lepiej. Pocieszała mnie myśl, że moja siostra nie ruszy z kopyta i mnie nie zostawi gdzieś na szlaku. W schronisku przyznała się, że końcówka dała się jej we znaki. Za to nowym szlakiem schodziła jak młoda kozica, a ja za nią zapadałam się po kolana w śniegu. Dzień dobry- zagadnął do nas starszy mężczyzna. Gdzie to panie idą? Na Rysiankę i Na Halę Lipowską. I na Krokuski też?- dodał on. Zastanawiałam się, gdzie są te Krokuski...Okazało się, że pięć minut przed Rysianką na zboczach zakwitły krokusy. Skakałyśmy w naszych nielekkich butach i fotografowałyśmy te fioletowe cuda natury. Pod śniegiem płynęły wartkie strumyki wody. Wystarczył jeden fałszywy krok, by zagłębić się w cienkiej warstwie śniegu i wpaść do lodowatej wody. Gałązki świerczyny zieleniły się na białym śniegu. Powietrze tak inne do tego, którym oddycham na co dzień na Śląsku. Popatrz widać Tatry- cieszyłam się swoim odkryciem. W schronisku obsłużył nas mężczyzna z wytatuowaną ręką. Jakieś dziewczyny piły wódkę i piwo na zewnątrz budynku. Herbata z fusami. Dawno takiej nie piłam- uśmiechnęłam się. Pani Prezes zamówiła pieczonki i kwaśnicę. Dla mnie proszę jabłecznik. Sami pieczecie?- upewniłam się. Kwaśne jabłka rozpuszczały się powoli na języku. Schodziłam rozważnie stawiając swoje stopy. Daleko do schroniska? - zagadnęło nas na żółtym szlaku dwóch mężczyzn. Zapraszamy na herbatę. Pani Prezes uprzejmie podziękowała. W drodze powrotnej zatrzymałyśmy się na kawę we Wiśle. Ostatni przystanek przed powrotem do domu, do dzieci.

Krokusy w Beskidach